5. Niedziela po Trójcy Świętej


     

 Materiały
liturgiczne

Materiały homiletyczne

Rok kościelny   w życiu ewangelika 

  

Kazanie na 5. Niedzielę po Trójcy Świętej - 16 lipca 2006 r.
  
1. I rzekł Pan do Abrama: Wyjdź z ziemi swojej i od rodziny swojej, i z domu ojca swego do ziemi, którą ci wskażę. 2. A uczynię z ciebie naród wielki i będę ci błogosławił, i uczynię sławnym imię twoje, tak że staniesz się błogosławieństwem. 3. I będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklinających cię przeklinać będę; i będą w tobie błogosławione wszystkie plemiona ziemi. 4. Abram wybrał się w drogę, jak mu rozkazał Pan, i poszedł z nim Lot. Abram miał siedemdziesiąt pięć lat, gdy wyszedł z Haranu.

 
1 Mż 12,1-4   

 

ks. Marcin OrawskiCzy Bogu można odmówić? Takie pytanie może zrodzić się u uważnego czytelnika historii Abrama, który bardziej znany jest jako patriarcha Abraham. Ktoś słusznie zauważył, że wiara Abrahama była „wstrząsająca”. Bowiem co najmniej kilka razy stawał on przed bardzo trudnym wyborem jaki stawiał przed nim Bóg i, co ciekawe, bez najmniejszej dyskusji podejmował się wyznaczonego zadania. A jeszcze ciekawszy jest fakt, że to co najistotniejsze i najbardziej „wstrząsające” w jego życiu zaczęło się dziać, gdy skończył… 75 lat.
 
Wraz z wielkimi filozofami jak np. Soren Kierkegaard czy artystami jak Rembrandt mamy skłonność do patrzenia na Abrahama jako na postać tragiczną. Widzimy w nim targanego wątpliwościami starca, który najpierw otrzymuje polecenie od Boga by opuścił swój rodzinny i wszystko, co przez całe lata budował, do czego dążył i wyruszył w daleką podróż – nie mając żadnej pewności osobistego szczęścia – a jedynie obietnicę potęgi przyszłych pokoleń, które ma zapoczątkować.
 
Doliczmy do tego perypetie rodzinne i tragiczne wydarzenia w Sodomie i Gomorze. Przypomnijmy sobie wielkie zniecierpliwienie, gdy mając już ponad 90 lat Abraham wciąż nie doczekał się nie tylko obiecanego licznego potomstwa, ale nawet jednego syna. Wyobraźmy sobie sytuację, w której upragniony syn przychodzi wreszcie na świat, a Bóg każe… złożyć go w ofierze. Wystarczą tylko te trzy przykłady by dojść do wniosku, że wiara Abrahama musiała być „wstrząsająca” jeśli on to wszystko był w stanie znieść.
  
Tymczasem Biblia w przeciwieństwie do filozofów czy artystów przedstawia Abrahama, u którego nie widać wątpliwości. Gdy otrzymuje polecenie od Boga – bez słowa je wykonuje. Nawet gdy jest to polecenie złożenia w ofierze jedynego syna – wbrew logice - bo jak ma od niego powstać wielki naród, skoro zginie jedyny potomek i wbrew etyce – bo jak zabić, skoro od czasów zabójstwa Abla przez Kaina wszyscy wiedzieli czym jest pozbawienie życia drugiego człowieka, choć nie znali jeszcze przykazania "Nie zabijaj".
 
Ale być może właśnie ten brak wątpliwości, brak filozoficznych czy etycznych rozważań u biblijnego Abrahama jest najbardziej „wstrząsający”, a jego bezkompromisowe posłuszeństwo sprawia, że ze zdwojoną siłą wraca pytanie: Czy Bogu można odmówić?
 
Czy czytelnik historii Abrahama może spokojnie zasypiać nie udzieliwszy sobie odpowiedzi na to pytanie? Wspomniany duński filozof Soren Kierkegaard myśląc o Abrahamie, zwłaszcza w kontekście ofiary jaką miał złożyć ze swego syna, także daleki był od spokojnego zasypiania. Wręcz kazał wyobrazić nam sobie ludzi którzy w czasie niedzielnego nabożeństwa słyszą takie opowieści. Większość z nich wraca później do domu na obiad, wieczorem idą spać, podobnie jak pastor zadowolony z faktu, że kazanie mu się udało.
 
Ale filozof nie może się z tym pogodzić i pisze dla ludzi „bezsennych”, dla tych, dla których wiara Abrahama jest nie tylko wstrząsająca, ale i tragiczna. Dla tych, którym trudni pogodzić się z faktem, że Bóg może postawić przed człowiekiem tak trudny wybór, że w tak bolesny sposób może zechcieć sprawdzić siłę ludzkiej wiary.
  

 
Zarówno gdy Abraham mając 75 lat wyruszał z domu rodzinnego na Boże polecenie, jak i gdy na polecenie tego samego Boga, wbrew wszystkim argumentom, jaki ludzki rozsądek mógłby wymyślić, wyrusza by złożyć syna w ofierze – nigdy nie wie, jak cała historia się skończy. Ale za każdym razem bezkompromisowo wierzy. W sposób niezwykły pokazuje, że wiara polega na życiu ze świadomością, że każdy może być poddany próbie. Każdy może stanąć przed wyborem: czy powinien być wiernym swojej wierze czy panującym zasadom? Czy wykonać przysłowiowy „skok w ciemność” nie wiedząc, jak Abraham czy się bezpiecznie wyląduje czy też kierując się „rozsądkiem” wyłączyć swoje duchowe rozterki i… spokojnie zasypiać? A jeśli tak, to czy nadal jeszcze będzie można mówić o wierze?    

Czasami mówi się, że na ziemi, na „dole” grozi nuda, a na „górze” obłęd. Wielu wyciąga z tego wniosek, że łatwiej jest zostać na „dole” i jakoś nudzie zaradzić niż ryzykować obłęd, podejmując - jak Abraham - wezwanie Boga wyjdź z ziemi swojej (…) a będę ci błogosławił, i uczynię sławnym imię twoje, tak że staniesz się błogosławieństwem".
 
Może rzeczywiście lepiej jest żyć wygodnie niż godnie. Jeśli tak, to nie ma sensu obciążać swych myśli wiarą Abrahama i swoją własną. Można pójść do domu, by zjeść obiad i wieczorem spokojnie zasnąć.
 
Ale jeśli mimo wszystko gdzieś zakradnie się „bezsenność”, jeśli nie dadzą nam spokoju pytania o wiarę - wtedy nie mamy wyjścia. Musimy, jak Abraham opuścić „bezpieczną ziemię” i wyruszyć w drogę wiary. Nawet gdy czekać nas będzie pełna trudnych pytań i decyzji wspinaczka na górę Moria, która dla wielu ludzi, zarówno współczesnych Abrahamowi, jak i nam może początkowo kojarzyć się z całkowitym absurdem. Bo przecież zamiast trudnej wspinaczki oczekuje się raczej, że Bóg pojawi się u stóp góry i przyjmie od człowieka listę próśb i zamówień, po czym je zrealizuje. Dlatego, można by dodać niestety, dla wielu pytaniem nie jest: czy Bogu można odmówić? Ale: czy Bóg ma prawo odmówić mi?

 


  

Czasami w chrześcijańskich księgarniach albo w kościołach można nabyć naklejki albo inne gadżety z napisem „Bóg cię kocha”. Brzmi to dość efektownie, ale szczerze mówiąc to człowiek najczęściej nie wie, co z tym „kochaniem” miałby zrobić, co z tego wynika dla jego życia. Co prawda w poprawnym politycznie świecie nikt nie ma nic przeciwko Bogu i jego miłości, to nawet pięknie i wzniośle, gdy taki gadżet można sobie nabyć. Mało tego, jeśli mam się za tą miłość jakoś odwdzięczyć, to mogę pójść na godzinę do kościoła i mieć w ten sposób sprawy z Bogiem uregulowane.
 
Potrafię więc pokazać, że nie mam nic przeciw Bogu czy Jezusowi. Jezus „jest w porządku” dopóki oczywiście wszystko jest na swoim miejscu tzn. Bóg w kościele, a ja sam w swoim życiu – taki współczesny układ. Oddaję Bogu co Boskie, a sam mogę spokojnie zasypiać, uważając się za dobrego chrześcijanina.
 
Tymczasem tak naprawdę, w takim przypadku, nawet nie rozpocząłem jeszcze drogi, choć trochę przypominającej tę, na którą Bóg powołał Abrahama. Duchowa góra Moria wciąż czeka na zdobycie, choć dla każdego z nas może mieć inną wysokość.
 
Pytanie jakie w obliczu dzisiejszego fragmentu biblijnego warto sobie postawić brzmi: czy jesteśmy gotowi zaufać i podjąć się tej wyjątkowej wędrówki. Wędrówki pełnej obiecanych błogosławieństw, ale i trudnych decyzji. Jeśli tak – warto mieć przed oczyma przykład Abrahama, który całkowicie ufając Bogu zwyczajnie nie bał się, że czemuś nie sprosta. Dlatego i my nie musimy na siłę wymyślać hipotetycznych sytuacji i od razu przerażać się, że nie będzie nas stać na wypełnienie Bożej woli.
 
Wyrastająca z zaufania wiara jest rzeczywistością dynamiczną. Ma wzrastać i wzmacniać się z dnia na dzień. Droga, którą ona wytycza, jest drogą wąską i - jak powiedział Jezus – niewielu jest takich, którzy ją znajdują. Jeśli jednak, jak Abraham wyruszę w nią, to z pełnym zaufaniem, że choć Bóg nie usunie z niej problemów, to na pewno da siły do ich przezwyciężenia.
 
A najważniejsze, że będzie zawsze blisko i będzie błogosławił, bo obiecał to już Abrahamowi. Amen.

 

ks. Marcin Orawski, Proboszcz pomocniczy Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Opatrzności Bożej we Wrocławiu