Kazanie - 5. niedziela postna (Judica)

Gorzkie łzy skruchy

I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, zapiał kur. A Pan, obróciwszy się, spojrzał na Piotra; i przypomniał sobie Piotr słowo Pana, jak do niego rzekł: Zanim kur dziś zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz, l wyszedłszy na zewnątrz, gorzko zapłakał.

Ewangelia św. Łukasza 22, 60—62

Ostatniej niedzieli mówiliśmy o zaparciu się Piotra. Rozpatrując ewangeliczny opis tego wydarzenia, odkryliśmy błędy, jakie popełnił, a które go doprowadziły do upadku. Szedł za swoim Nauczycielem z daleka, zamiast być blisko Niego; zapomniał o słowach Psalmu 1, który każe trzymać się z daleka od drogi grzeszników i nie siadać w gronie szyderców; przecenił swoje siły, a nie docenił potęgi zła i grzechu. To spowodowało jego upadek. Zastanawiając się nad tym upadkiem, stwierdziliśmy, że powinien on być ostrzeżeniem dla nas, a nie okazją do wdziewania sędziowskiej togi i sporządzania przeciwko Piotrowi aktu oskarżenia. Powinniśmy pamiętać o upomnieniu apostoła Pawła: „Kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł". I nam bowiem zagraża niebezpieczeństwo, że pójdziemy drogą Piotra, która go doprowadziła do upadku. Na koniec stwierdziliśmy, że Piotr podniósł się z niego i został uratowany. Dziś chcemy się zainteresować tym ratunkiem i drogą, która do niego prowadzi.

Zaparcie się Piotra nazywamy upadkiem. Słowo to nie wydaje się zapewne nikomu z nas obce. Nie miniemy się z prawdą, jeżeli powiemy, że nie ma chyba człowieka, który by przeszedł przez życie i nigdy go nie doświadczył. Czy jest tu wielu między nami takich, mam na myśli dorosłych, którzy by mogli powiedzieć, że nie wiedzą, co to słowo oznacza? Oczywiście nie mam na myśli zwykłych potknięć na drodze, lecz upadki innego rodzaju. Upadki bowiem mogą być rozmaite. Znane były, szczególnie dawniej, również w naszym środowisku, upadki materialne. Bywali gospodarze, kupcy i przedsiębiorcy, którzy z powodu złej, lekkomyślnej gospodarki albo lekkiego trybu życia doprowadzali swoje gospodarstwa, domy i rodziny do ruiny — do upadku. Dziś, w nowych warunkach społecznych, jest to prawie niemożliwe. Obecnie chyba nikt swego gospodarstwa nad miarę nie zadłuży ani nie przepije, najwyżej może je zaniedbać. I to jest wystarczająco przykre. Obok materialnych, są upadki moralne. Te są, niestety, dość częste. Dochodzi do nich wówczas, gdy człowiek przestaje uważać na siebie i mieć się na baczności. Przychodzi to zazwyczaj niepostrzeżenie, powoli, od łyczka do rzemyczka, aż nagle drudzy spostrzegają, że brytan spuścił się z łańcucha... Tymi drugimi są najpierw najbliżsi członkowie rodziny, potem sąsiedzi, wreszcie widzi to całe środowisko, wie o tym cały zbór.

W pewnym towarzystwie toczono rozmowę na ciekawy temat — jaki może być dla człowieka najboleśniejszy widok? Jak to bywa w podobnych wypadkach, wypowiadano różne mniemania. Jedni sądzili, że najboleśniejszy widok to rozbicie i rozkład małżeńskiego i rodzinnego życia; drudzy, że jest to widok człowieka, którego umysł zaczyna się zaciemniać i który pogrąża się w chorobie umysłowej; inni byli zdania, że jest nim jakaś inna, ciężka choroba, jeszcze inni wymieniali inne przykłady i okropności. W towarzystwie tym znajdowała się dwudziestoletnia dziewczyna. Przysłuchiwała się jakiś czas rozmowie w milczeniu, a potem powiedziała drżącym z głębokiego wzruszenia głosem: — Sądzę, że najboleśniejszy jest widok kochanego człowieka, który się zapomniał i stacza się na dno... Jej słowa zrobiły na obecnych głębokie wrażenie. Może tak być przecież, że ktoś pod względem moralnym upada i stacza się na dno. Są takie upadki moralne, które doprowadzają człowieka do upodlenia, na samo dno życia. Biblijny przykład jest nam wszystkim znany — to syn marnotrawny. I my moglibyśmy wskazać podobne przykłady. Czyśmy już nie słyszeli o takich synach, którzy się zapominają, i o takich córkach, do których serca nie ma już przystępu żadne dobro słowo, albo o mężach i ojcach, a może nawet o żonach i matkach, które się zapominają?

Mamy tu jednak dziś do czynienia ze szczególnym rodzajem upadku. Piotr zaparł się swojego Mistrza, o którym wiedział, kim jest. Pod Cezareą Filipową wyznał przecież: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego" (Mat. 16, 16). Piotr więc zaparł się swojego Pana i Zbawiciela, zaparł się Boga. Mówiliśmy o tym ostatnim razem i oceniliśmy to surowo. Znać Jezusa, a powiedzieć: nie znam, znać Syna Bożego, a 'rzec: nie wiem, co mówisz— to straszliwy upadek, to klęska. Trudno sobie wyobrazić gorsze zaprzaństwo nad zaparcie się Boga, gdy człowiek siebie zalicza do wierzących, gdy myśli, że należy do ludu Bożego, do Bożych dzieci. Czy w takiej sytuacji może dla człowieka być jeszcze ratunek? Odpowiadamy: może! Czy można się podnieść z takiego upadku? Powiedzieliśmy ubiegłej niedzieli, że można, bo jest Boże zmiłowanie i łaska. Jak jednak dochodzi do tego ratunku? Jak się podnieść z podobnego upadku?

Dzieje Piotra odsłaniają nam niejedno. Gdy się wczytujemy w Ewangelię, która nam zwięźle te dzieje przedstawia, stwierdzamy rzecz zasadniczą: Pan Jezus czuwa. My nieraz zapominamy o Bogu, lecz Bóg nie zapomina o nas. Człowiek się nieraz oddala od Boga i zapiera się Go, lecz Bóg zawsze jest blisko i zawsze jest gotów przyznać się do człowieka. Bóg jest wierny. Piotr był oddalony od Pana zaledwie o kilkanaście metrów, a zapomniał o Nim. Pan Jezus natomiast czuwał i śledził to, co się działo. Całe życie człowieka jest pod nieustannym spojrzeniem Boga. Piotr tego w danej chwili nie odczuwał, uświadomił to sobie wówczas, gdy Pan się obrócił i spojrzał na niego. „A Pan, obróciwszy się, spojrzał na Piotra".

To spojrzenie Jezusa jest pierwszym aktem ratunku. Musiało to być dziwne spojrzenie. Co mogło się w nim kryć? Spojrzenia miewają różnorodny wyraz i mogą zawierać rozmaitą treść. Są spojrzenia badawcze i obojętne, chłodne i ciepłe, dobre i złe, gorzkie i słodkie, są spojrzenia karcące i gniewne, ale też łaskawe. Nie potrafimy tu wymienić wszystkich rodzajów spojrzeń. O spojrzeniu Jezusa możemy tyle powiedzieć na pewno, że było pełne wyrazu. Przeszyło ono Piotra, dotarło do jego serca i wstrząsnęło nim. Piotr ocknął się z omamienia, które go na chwilę opanowało — i przyszedł na nowo do siebie. W jednej chwili uświadomił sobie, co się stało, ujrzał nagą prawdę o sobie, i to wstrząsnęło nim do głębi. Przeraził się samym sobą, odczuł otchłań nędzy, w jakiej się pogrążył. Wszystko to stało się pod wpływem jednego spojrzenia Jezusa. Czyżby rzeczywiście jedno spojrzenie mogło mieć w sobie taką siłę?

Tak. Posłuchajcie. Niedawno pewna zborowniczka przyniosła swemu duszpasterzowi skromny dar ze swego gospodarstwa. Gdy ksiądz nie chciał przyjąć daru, powiedziała: — Wyświadczył mi ksiądz i moim dzieciom przysługę, której nie zapomnę do śmierci; mnie uratował ksiądz męża, a dzieciom ojca. — Jak to? — zdziwił się ksiądz. — Ą tak! Ksiądz wie, że mąż, choć jeszcze młody, był pijakiem. Nigdy mu tego nie mówiłam; czułby się dotknięty. Gdy ksiądz ostatnim razem był u nas, to po odejściu księdza mąż wziął butelkę z wódką, wylał jej zawartość na naszych oczach i podając mi pustą butelkę, rzekł: Mam już tego dosyć! Wypłucz! Dosyć! Nie mogę już dłużej znieść spojrzenia tego człowieka...

Tak było i w wypadku Piotra. Jedno spojrzenie Jezusa wystarczyło, aby się w nim dokonała przemiana. Nie dziwimy się temu. Panu Jezusowi dana jest „wszelka moc na niebie i na ziemi" (Mat. 28, 18). O tej mocy Pana Jezusa jest mowa na wielu miejscach w Ewangeliach. Ta moc ujawniła się i tu, na dziedzińcu arcykapłana, w Jego spojrzeniu. To spojrzenie było pasem ratunkowym, jaki rzucił Pan swojemu uczniowi, gdy był w ciężkiej potrzebie. Piotr uchwycił go — i to był drugi akt ratunku.

Co wywołało to spojrzenie Jezusa? Ewangelia mówi: „I przypomniał sobie Piotr słowo Pana, jak do niego rzekł: Zanim kur dziś zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz". Rzeczywiście, gdy Piotr zaparł się Pana po raz trzeci, zapiał kur.

A więc wspomnienia. Wspomnienia bywają różne, przyjemne i niemiłe, dobre i złe. Do najlepszych należą wspomnienia religijne. Czy źle było kiedykolwiek człowiekowi, gdy czuł się bliski Chrystusa? Czy źle ci było kiedykolwiek, gdyś czuł, że Bóg jest blisko ciebie, żeś w Jego ręku, pod Jego opieką? Prawdziwa niedola życia zaczyna się tam, gdzie nastąpiło oddalenie od Boga. U Boga jest bezpieczeństwo i pokój. Gdyś daleko od Niego, nastają rozdarcia, niedola, upadki. I Piotr miałby co wspominać! Jakże pewnie i bezpiecznie było u boku Boskiego Nauczyciela, gdy płynęły od Niego błogosławieństwa i ciepło miłości!

Ale możemy i my snuć wspomnienia z własnego życia. Jakże nam Pan był bliski w okresie naszego dzieciństwa! Jakże głęboko utkwiła nam w pamięci chwila naszej konfirmacji, gdyśmy z głębi duszy śpiewali przy ołtarzu: „Twoim jestem wiecznie, Boże miłosierny, tobie chcę statecznie być na wieki wierny"... Albo inną pieśń: „Wszystko Tobie dziś oddaję, wszystko Twoje musi być. Chcę Cię, Jezu, kochać zawsze, w obecności Twojej żyć"... A potem następowało ślubowanie: „Czy ślubujecie według tej wiary żyć w posłuszeństwie Bożym? (...) Czy przyrzekacie, że swojemu Kościołowi Ewangelicko-Augsburskiemu wiernymi będziecie?"... I nasza potwierdzająca odpowiedź. To są wielkie chwile naszego życia. Jest w nich coś, ze świętego porywu Piotra, gdy obiecywał: „Choćby się wszyscy zgorszyli z ciebie, ja się nigdy nie zgorszę"... A potem? Jakże nędznie nieraz .wygląda to, co następuje potem! Czy nie jest tak? Jakże prędko wyparowują najlepsze treści naszych serc i przemijają najszlachetniejsze wzloty naszych dusz! A potem pozostają tylko dalekie wspomnienia...

Czy mam wspomnieć i inne wielkie i uroczyste chwile życia? Może jeszcze jedną. Pamiętacie, jak głęboko przeżywaliście chwilę oddawania sobie ślubów małżeńskich przed ołtarzem? To było rzeczywiście wzniosłe. Padło pytanie:... „Czy chcesz obecną tu narzeczoną twoją pojąć za małżonką swoją, czy ślubujesz wiernie i szczerze ją miłować, szanować ją, dzielić z nią radość i smutek, szczęście i nieszczęście, jak Bóg zrządzi, żyć z nią w jedności i zgodzie i nie opuszczać jej aż Bóg przez śmierć was rozłączy"... Potem następowało to samo pytanie do narzeczonej,— i wasza odpowiedź: „Chcę i ślubuję". To były bezsprzecznie wielkie chwile naszego życia. A potem? Jakże to różnie bywa...

Co na to powiedzieć? Nie o słowa tu chodzi, chodzi o opamiętanie! O Piotrze czytamy:. „I wyszedłszy na zewnątrz, gorzko zapłakał". Są sytuacje, gdy słowa bywają bezsilne. Lepszy jest serdeczny, szczery, gorzki płacz. Łzy będące wyrazem głębokiej, szczerej skruchy możemy nazwać świętymi. Człowiek może płakać nawet z radości i szczęścia, ale świętymi łzami godzi się nazwać jedynie łzy pokuty i skruchy. Takie były łzy Piotra. Gorzkie! Bardziej gorzkie niż piołun, bo były oznaką dotkliwego, żywego bólu, żalu, wstydu i skruchy. Był to płacz nad własnym upadkiem, nad swoją niedolą, nad własną niewiernością, płacz oczyszczający i uzdrawiający. Świadczył on o tym, że Piotr został uratowany. Bóg mógł w oczyszczonym sercu Piotra pisać dalszy ciąg historii jego życia.

Rozpoczął się on parę tygodni później, po śmierci krzyżowej Pana. Piotr przeżył zmartwychwstanie i stał się pierwszym misjonarzem Jezusa Chrystusa. Było to w dzień zesłania Ducha Świętego, kiedy to — on właśnie — wygłosił pierwsze kazanie chrześcijańskie, w którym wobec zgromadzonego tłumu przyznał się do wiary w zmartwychwstałego Pana jako, do obiecanego Mesjasza i wezwała słuchaczy do upamiętania. Wkrótce po tym wydarzeniu uzdrowił w świątyni w mocy swojej wiary chromego od urodzenia i wypowiedział owe pamiętne słowa: „Srebra i złota nie mam, lecz co mam, to ci daję: W imieniu Jezusa Chrystusa Nazareńskiego, chodź!" (Dz. Ap. 3, 6). Innym razem, gdy został postawiony przed sądem, przyznał się śmiało do Jezusa Chrystusa, oświadczając: „I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dz. Ap. 4, 12). Widząc jego odwagę, ludzie dziwili się. Ewangelista Łukasz, który był autorem Dziejów Apostolskich, pisze wyraźnie, że „poznali ich też — to znaczy apostołów Piotra i Jana — że byli z Jezusem" (4, 13). Tak, to już nie ten sam Piotr, którego oglądaliśmy na dziedzińcu arcykapłana, człowiek słaby i chwiejny, tchórzliwy i zalękniony, lecz odważny świadek Jezusa Chrystusa, świadomy swojej wiary i obowiązków uczniowskich wobec swojego Mistrza i Zbawiciela, człowiek oczyszczony, odmieniony, związany na dobre i złe, na życie i śmierć ze swoim Panem.

Możemy więc zawołać na koniec: Błogo ci, błogo ci. Piotrze! Łzy żalu i skruchy zmazały twoją wielką winę i umożliwiły ci podniesienie się z upadku. Jesteś uratowany! Prośmy wszyscy naszego Pana, aby i nam dał tę łaskę, żebyśmy naśladowali apostoła Piotra nie tylko w jego upadku, lecz również w jego pokucie, a następnie w jego odwadze składania świadectwa o zbawiającej mocy imienia Jezusa.

Na jednym z cmentarzy znajduje się pomnik z napisem: „I ten był z Jezusem Chrystusem". Oby te słowa mogły kiedyś streszczać całe nasze życie, jeżeli już na cmentarzu nad naszymi grobami takiego napisu nie będzie. Amen.

ks. bp Andrzej Wantuła, Wisła 1952