Wielka Sobota: Obecny w Nieobecności

Wielka Sobota wydaje się być jedynym dniem w historii świata, w którym Bóg zawiesił swoją działalność. W ten dzień Jezus spokojnie śpi snem śmierci. Nic się nie dzieje. Nawet Bóg jest bezczynny, skoro swemu umiłowanemu Synowi pozwala pozostawać w grobie. W końcu jest sabat, a więc dzień odpocznienia.

 
I my w jakiś sposób odpoczywamy w ten dzień. Po przeżyciach Wielkiego Piątku, po gwarze i tumulcie wydarzeń, mających związek z ukrzyżowaniem Jezusa Chrystusa. a przed pierwszym dniem tygodnia, dniem ogłoszenia światu radosnej Ewangelii Zmartwychwstania Pańskiego, odpoczywamy kontemplując człowieczy los. A że ów los nierozerwalnie jest złączony z cierpieniem, umieraniem i grobem, przeto Wielka Sobota naprawdę jest tym dniem odpoczynku ludzkiej duszy w świecie pełnym wrażeń, chwilą refleksji nad własnym życiem i przyszłością.
 
Świat odpoczywa, czy jednak odpoczywa Bóg? Czy fakt, że Józef z Arymatei pochował Nauczyciela z Galilei w swoim nowym grobie i zatoczył prze ów grób ciężki kamień, oznacza że Bóg nie może już działać? Czy w ogóle ów kamień u wejścia do grobu Jezusa świadczy o tym, że człowiek zamknął Bogu drogę do swojego świata, pełnego egoizmu i nienawiści, zła, chamstwa, przemocy i niesprawiedliwości. Czy Bóg naprawdę już nic nie może, a dla nas nie ma już żadnej nadziei?
 
Bo jaką nadzieję może mieć człowiek stojący na cmentarnej ziemi? Żadnej. To słychać na pogrzebach, podczas których pożegnalne mowy wygłaszają tzw. mistrzowie ceremonii, nie związani z Kościołem. Potrafią się zdobyć co najwyżej na przytoczenie kilku faktów z życia zmarłego i wychwalają jego postępowanie. Wszystko dotyczy przeszłości, a co z żalem i smutkiem żegnających zmarłą osobę? Czy dla nich nie ma żadnej pociechy? W ogóle co z nami, od urodzenia zbliżającymi się do śmierci? Czy dla umierających nie ma żadnej nadziei?
 
A była tam Maria Magdalena i druga Maria, siedziały one naprzeciw grobu, donosi ewangelista Mateusz. Obie Marie pierwszego dnia tygodnia, gdy tylko minął sabat, pośpiesznie znowu stanęły u grobu Jezusa, aby go obejrzeć. One pierwsze były świadkami, że w pierwszy dzień tygodnia, grób Jezusa był pusty. Im pierwszym, gdy szły z tą wiadomością do uczniów Pańskich, zastąpił drogę Zmartwychwstały Chrystus. Możemy więc mieć absolutną pewność, że skoro obie radośnie przeżyły fakt zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, obie zapewne bardzo boleśnie przeżyły też Jego pogrzebu złożenie do grobu.

Jezus umarł naprawdę, a nie tylko pozornie i jako martwy rzeczywiście został pochowany w grobie. Także dla nas świadectwo obu Marii powinno być godne wiary.

 
Jezusa więc pochowano w grobie. Czy wiemy co to znaczy? Nam śmierć i pogrzeb inaczej się kojarzy, aniżeli autorowi ewangelii, opisującemu tamte wydarzenia, albo Mariom, Józefowi, czy uczniom Jezusa z Nazaretu. Jezus umarł na krzyżu zwyczajną ludzką śmiercią, a to w świadomości każdego Żyda mogło oznaczać tylko jedno: Jezus zstąpił do szeolu. Fakt śmierci z wielu powodów był strasznym doświadczeniem. W szeolu ustawały radości i przyjemności. W wyobrażeniu Żydów mieszkańcy tej krainy nie przejawiają żadnej aktywności. Jest to kraina smutnych cieni, egzystencji pozbawionej siły i witalności. Smutek związany ze śmiercią potęgowało przekonanie, że z szeolu nie ma powrotu do krainy żywych, a prócz tego nie ma w nim żadnej możliwości kontaktowania się z Bogiem (Ps 6,6; 30.10; 115,17)!

Zstąpienie Jezusa do szeolu, według żydowskich wyobrażeń jest całkiem normalną fazą ludzkiego umierania i konsekwencją tego, że Jezus w ogóle zdecydował się na śmierć. W ten sposób Jezus solidaryzuje się z tymi, którzy umarli przed Nim.

 
Z tajemnicą śmierci i pogrzebu Jezusa łączy sie jeszcze jedno pytanie, które jednak dla Żydów nie było żadnym problemem. A mianowicie: Czy w szeolu była jedynie dusza Jezusa Chrystusa, czy także Jego ciało? Semickie wyobrażenia o człowieku, które znajdujemy zapisane również w Starym Testamencie odpowiadają jednoznacznie: umiera cały człowiek i cały człowiek dostaje się do szeolu, jedynej krainy śmierci.
 
Jezus położony w grobie wchodzi przeto w krainę śmierci. Nie leży tylko w grobie, jak my wyobrażamy sobie często pochowanie zmarłego w grobie. Dlatego ciało Jezusa, leżącego w grobie, nie jest poddane wyłącznie procesom rozkładu, ale tam za kamieniem, w grobie Józefa, Jezus niczym groźny bohater wchodzi w krainę śmierci, aby ją zwyciężyć i wywieść życie wieczne na światło przez Ewangelię Zmartwychwstania.
 
Jezus położony w grobie jest wciąż zwyciężającym, niczym na krzyżu. Chociaż zasłonięty kamieniem i położony w ciemnościach grobu, dla umierających albo stojących w żałobie na cmentarnej ziemi, Jezus Chrystus jest źródłem nadziei wbrew nadziei, której znakiem jest Chrzest.
 
Chrzest jest sakramentem Wielkiej Soboty: „Gdyż i Chrystus raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was przywieść do Boga; w ciele wprawdzie poniósł śmierć, lecz w duchu został przywrócony życiu. W nim też poszedł i zwiastował duchom będącym w więzieniu, które niegdyś były nieposłuszne, gdy Bóg cierpliwie czekał za dni Noego, kiedy budowano arkę, w której tylko niewielu, to jest osiem dusz, ocalało przez wodę. Ona jest obrazem chrztu, który teraz i was zbawia, a jest nie pozbyciem się cielesnego brudu, lecz prośbą do Boga o dobre sumienie przez zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, Który wstąpił na niebiosa, siedzi na prawicy Bożej, a poddani mu są aniołowie i zwierzchności, i moce” (1 P 3,18-22).
 
Powiada się, że woda jest bardziej niebezpiecznym żywiołem, aniżeli ogień, który można opanować. Rozlewająca się woda wdziera się wszędzie, niszcząc i pozbawiając ludzi dorobku życia. Woda jest więc obrazem śmierci. Jednak nie tylko. Nam, Europejczykom, trudno uzmysłowić sobie, że od okresowych wylewów wody, zależało życie dawnych mieszkańców Mezopotamii, a nawet rozkwit tamtejszej cywilizacji. Dzięki temu, że woda regularnie zalewała uprawne pola, przynosząc żyzną glebę wypłukaną w górnych biegach wielkich rzek, ludzie mogli zbierać plony większe aniżeli ich potrzeby i w ten powolny sposób rodziła się cywilizacja.
 
Woda jest więc obrazem śmierci, ale takiej śmierci, przez którą odradza się życie. Wszak sama w sobie również jest łonem życia. Życie na ziemi rozwinęło się dzięki wodzie. Także człowiek rodzi się z wody.
 
Nic dziwnego, że od najdawniejszych czasów, obraz wody i potopu był wykorzystywany przez ludzi do przedstawiania religijnej prawdy o zbawieniu. Takim celom służy przecież również starotestamentowa opowieść o sprawiedliwym Noe, który ocalał z potopu dzięki Bożej miłości i łasce, wykorzystywana przez chrześcijan do opisania tajemnicy chrztu.
 
Podobnie postąpił autor, zacytowanej przed chwilą perykopy, która jest wielkosobotnim tekstem kazalnym. Przyrównał ocalenie Noego przez Boga z wody potopu do zbawczego dzieła Jezusa Chrystusa, który zstąpił do szeolu, to znaczy do krainy śmierci, aby wywieść z niej umarłych. Zbawiciel przeszedł przez szeol, niczym Noe przez wodę potopu, aby odrodzić grzesznego człowieka i dać życie całemu stworzeniu. I dlatego możemy powiedzieć, że zanurzeni w wodę chrztu, wraz z Chrystusem zostajemy pogrzebani w śmierć, abyśmy mogli powstać do nowego życia. Znakiem naszego ocalenia także jest woda.
 
Jako pomoc przywołajmy zatem jeszcze jedną starotestamentową opowieść o Jonaszu, który został posłany przez Boga do Niniwy. Nie analizując w tej chwili przyczyn odmowy Jonasza, przypomnijmy sobie, w jaki sposób Bóg zmusił proroka, aby jednak poszedł do grzesznych mieszkańców Niniwy z Bożym poselstwem. Stało się to poprzez nagłą burzę na morzu i połknięcie Jonasza przez wielką rybę, we wnętrzu, której przebywał potem trzy dni i trzy noce. Na prośbę proroka, modlącego się z wnętrza ryby, Bóg rozkazał, aby wypluła nieszczęśnika, a ten natychamist udał się do Niniwy.
 
Jonasz przeszedł przez śmierć. Cudowne ocalenie można porównać do odrodzenia. Poprzez to doświadczenie Bóg zmienił proroka i zrealizował swoje zamierzenie. Odrodzony Jonasz poszedł do Niniwejczyków i zwiastował im Bożą wolę, zapowiadając zniszczenie miasta. Dzięki służbie Jonasza król oraz mieszkańcy miasta rozpoczęli pokutę, a Bóg, widząc ich postępowanie, postanowił odstąpić od kary.
 
Jakże bliskie tej opowieści jest nowotestamentowe świadectwo o Jezusie Chrystusie. Bliskie tym bardziej, że sam Nauczyciel z Nazaretu na prośbę o znak, który świadczyłby o Jego mesjańskiej godności, odpowiedział: „Pokolenie złe i cudzołożne znaku żąda, ale nie otrzyma innego znaku jak tylko znak Jonasza proroka. Albowiem jak Jonasz był w brzuchu wieloryba trzy dni i trzy noce, tak Syn Człowieczy będzie w łonie żiemi trzy dni i trzy noce” (Mt 12,39n).
 
Po ukrzyżowaniu i zgonie Jezus Chrystus wszedł w krainę śmierci, aby zwiastować Ewangelię wszystkim grzesznikom, nieposłusznym Bogu. Wszedł w nią, jako władca świata, jako Pan życia i śmierci, jako Zbawiciel szukający zagubionych. Śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu nie była końcem Jego działalności, ale pójściem do wszystkich, którym potrzebna jest Ewangelia o Bożym zmiłowaniu, a gdzie jest Chrystus ze swoją Ewangelią, tam jest życie i zbawienie.

Ziemska działalność Jezusa Chrystusa była szukaniem i zbawianiem, przyprowadzaniem człowieka do Boga. Nie inaczej stało się z chwilą śmierci Zbawiciela. Pragnieniem Chrystusa było, aby każdego człowieka przywieść do Boga. Znak Jonasza, który Jezus dał swoim adwersarzom i całemu światu – świadczy o zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią i Jego triumfie nad ludzkim grzechem. Jezus obecny w szeolu, jest Chrystusem wszystkich ludzi bez względu na czas i miejsce, któremu poddani są aniołowie, zwierzchności i moce.

 
Dlatego już w Wielką Sobotę, za kamieniem zatoczonym przed wejście do grobu, w którym złożono zabitego Zbawiciela, oczyma naszej wiary możemy dojrzeć triumfującego i zbawiającego Chrystusa, wywyższonego Pana wszechświata, który wstąpił na niebiosa i siedzi na prawicy Bożej.
 
Wielka Sobota jest nie tylko pamiątką pobytu Jezusa w krainie śmierci, jak zresztą wyznajemy w Apostolskim Wyznaniu Wiary: „zstąpił do piekieł”, wobec tego jest nie tylko pamiątką kilkudziesięciu godzin spędzonych przez ukrzyżowanego Zbawiciela w grobie, ale przede wszystkim jest przeżywaniem oraz zwiastowaniem wielkiego dzieła Bożego, jakim jest zwycięstwo nad śmiercią. Chrystus zabity i złożony w grobie jest już Chrystusem żywym, triumfującym Panem życia: „Gdyż i Chrystus raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was przywieść do Boga; w ciele wprawdzie poniósł śmierć, lecz w duchu został przywrócony życiu”.
 
Jako dzień triumfu ukrzyżowanego Chrystusa, Wielką Sobotę obchodzimy również jako pamiątkę naszego Chrztu. Obraz życia odradzającego się w śmierci, jak przez wodę, wykorzystany przez wielu autorów Biblii każe nam myśleć o tajemnicy chrztu, który jest sakramentem śmierci z Chrystusem i w Chrystusie.
 
Jezus Chrystus zwyciężył śmierć dla nas. Swój triumf daje każdemu w chrzcie, sprawowanym jako przejście przez wodę. Co prawda jako ewangelicy nie chrzcimy przez zanurzenie, a jedynie kropimy wodą, niemniej symbolika chrztu pozostała dalej czytelna. Przechodzimy przez wodę chrztu niczym sprawiedliwy Noe i dlatego jesteśmy uratowani.
 
Przechodząc przez wodę chrztu doświadczamy także, podobnie do Jonasza, wyratowania od śmierci. Chrzest nas zbawia, albowiem ratuje nas od nieposłuszeństwa Bogu i powołuje nas do służby na chwałę Boga i ku zbawieniu wszystkich ludzi. Najważniejsze jednak jest to, że przechodząc przez wodę chrztu zostajemy zanurzeni w śmierć Zbawiciela, a mówiąc inaczej, zostajemy położeni wraz z Nim do grobu, abyśmy, jako w Nim ukryci, mogli odnieść zwycięstwo nad władzą śmierci i piekła.
 
Jak w Wielki Czwartek przeżywamy społeczność Stołu Pańskiego, uobecniającą między śmierć Zbawiciela na krzyżu Golgoty, tak w Wielką Sobotę wspominamy chrzest, przez który Bóg ocalił nas przed śmiercią i odrodził do nowego życia. Tak oto, zgodnie z teologiczną tradycją Ewangelii wg św. Jana, świętując krzyżową śmierć Chrystusa, w istocie rzeczy zwracamy uwagę na oba sakramenty, które związane są ze zbawczą śmiercią Zbawiciela, wszak ewangelista donosi, że z przebitego boku Jezusa wypłynęła krew, znak Wieczerzy Pańskiej, oraz woda, znak chrztu.
 
Przechodząc przez wodę chrztu, podobnie do Jonasza doświadczamy wyratowania od śmierci, ale też metanoi, prawdziwie Bożego daru zmiany sposobu myślenia. Chrzest jest więc sakramentem wolności, posłuszeństwa Bogu i powołania do służby na Jego chwałę i ku zbawieniu wszystkich ludzi. Najważniejsze jednak jest to, że przechodząc przez wodę chrztu zostajemy zanurzeni w śmierć Zbawiciela, a mówiąc inaczej, zostajemy położeni wraz z Nim do grobu, abyśmy jako w Nim ukryci, mogli odnieść zwycięstwo nad śmiercią.

Dlatego pamiętajmy, że prawdziwie głębokie zrozumienie znaku Jonasza dokonuje się między innymi w akcie modlitwy, która powinna przypominać tę z wnętrza krainy umarłych: „Lecz ja pragnę ci złożyć ofiarę z głośnym dziękczynieniem, spełnię, co ślubowałem. U Pana jest wybawienie” (Jon 2,10).

 
Z chrześcijańską modlitwą mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy modliciel uświadamia sobie, że z własnej winy znalazł się w tragicznej sytuacji. Chrześcijańska modlitwa zawsze jest wołaniem z wnętrza krainy umarłych. Co prawda sprawcą metanoi jest Duch, nie wiadomo skąd i dokąd wiejący, ale ona dokonuje się w łonie ziemi, w krainie umarłych. Nowy człowiek powstaje bowiem przez śmierć samemu sobie. Rodzi się na nowo do służby, żeby ofiarować się na ołtarzu miłości i za wszystko dziękować Panu, który jest wybawicielem.

Stąd można powiedzieć, że modlitwa potrzebuje chrztu, czyli zbawczego wszczepienia w umarłego i zmartwychwstałego Chrystusa. Nikt bowiem, kto nie jest z Ducha, nie może wyznać, że Jezus jest Panem, Synem Bożym i Zbawicielem, a przecież jedynie takie świadectwo jest przyznaniem się do Chrystusa, oznaką ocalającej, zwycięskiej i zbawczej wiary.

 
Chrześcijanin powinien modlić się z wnętrza chrzestnej tajemnicy, mając świadomość, że z powodu nieposłuszeństwa i pożądliwości znalazł się w krainie śmierci, w sytuacji oddalenia od Boga. A to oznacza, że powinien modlić się z wnętrza swojego grobu, z samego centrum swojej grzeszności: Panie ratuj. Zawiniłem. Ginę z własnej winy, ale możesz mnie uratować. Obiecuję, że będę ci służył. Wykonam wszystko, z czymkolwiek poślesz mnie do ludzi.

Modlitwa z wnętrza grobu, która jest wołaniem o ratunek i ocalenie, nie pozostaje bez Bożej odpowiedzi: „Wtedy Pan rozkazał rybie, a ta wypluła Jonasza na ląd” (Jon 2,11). Śmiertelnik, świadomy swojego grzechu, może być pewien, że sytuacja, w której się znalazł, nie jest beznadziejna. O ile Izajasz mógł jeszcze wyznawać: „W krainie umarłych bowiem cię nie wysławiają, nie chwali ciebie śmierć, nie oczekują twojej wierności ci, którzy zstępują do grobu. Żywy, tylko żywy wysławia ciebie, ...” (Iz 38,18n), o tyle chrześcijanin może być pewien, że Bóg wysługuje modlitwy nawet w krainie umarłych, skoro Jezusa z Nazaretu, którego ludzie zabili na krzyżu Golgoty, On wzbudził z martwych w cudzie wielkanocnego poranku.

 
Bóg wysłuchuje, aby człowiek świadczył o Jego chwale i potędze. Bóg ocala, ponieważ nie pragnie śmierci bezbożnika, ale aby się upamiętał i żył, czyniąc miłość i służąc dobrocią. Mniej więcej taki obraz modlitwy wyłania się z dziwnej przygody proroka. Bóg nie oszczędził mu tragicznego doświadczenia, aby nawrócić go do siebie, odrodzić do nowego życia i skierować na drogę powołania.
 
Możemy być pewni, że każdy modlitewny wysiłek, zmierzający do odkrycia prawdziwego oblicza Jezusa Chrystusa, w dużej mierze przypomina przeżycia Jonasza, który dopiero wówczas, gdy znalazł się w krainie śmierci, to znaczy w sytuacji całkowitego oddalenia od Boga, zrozumiał swój błąd i zapragnął go naprawić.
  
ks. dr hab. Marek Jerzy Uglorz